cursor by Andatejka

niedziela, 21 maja 2017

Opowiadanie (Kuroshitsuji). Ulotność cz. 1

Miarowy stukot rozbijał się o szyby już od dłuższego czasu, przerywany jedynie co głośniejszym ćwierkaniem ptaków lub silniejszymi podmuchami wiatru, zmieniającymi kierunek i intensywność padania kropli deszczu, który wydłużał w ten sposób swoją wędrówkę z zasnutego szarzyzną nieba na spragnioną wody ziemię. Okrągłe kuleczki rozbijały się o niewidzialną przeszkodę, by arcyciekawie spłynąć w dół. Niektóre potrafiły utrzymywać się w tym samym miejscu dłuższą chwilę, inne, nieco większe, rozpoczynały z wolna swój upadek, by na końcu niebagatelnie przyśpieszyć, rozbijając się na mniejsze i ostatecznie zniknąć, a inne łączyły się, zupełnie jak ludzie, napotykając jeszcze inne na swojej drodze i tak razem pociągały ich w nicość. Były też takie, które w ogóle nikt by nie zauważył, tak małe i niepozorne, gdyby nie siedziało się akurat twarzą zwróconą do okna, jak to robił w tej chwili Ciel.
                Od dłuższego czasu nie działo się nic ciekawego, więc obserwowanie zwyczajnej, angielskiej pogody pochłonęło go do reszty. Niebo, zasnute szarą zasłoną nie przepuszczało ani odrobiny światła, by chociaż trochę ożywić wnętrza ponurej posiadłości, którą w dzień i w nocy, spowijał specyficzny mrok towarzyszący sprawom trudnym i nierozwiązanym.
                Nasycone wilgotnością powietrze niosło się z uchylonego okna wprost do fotelu, w którym wypoczywał zmęczony ledwo co zażegnanym atakiem astmy chłopiec.
                Nawet nie sądził, że zwyczajne palenie przez Barda może wywołać aż tak nieprzyjemne w skutkach objawy. Wystarczyło jedynie zejść na moment do kuchni, a uczynił to tylko dlatego, że zbyt długo było cicho i spokojnie, a Sebastiana nigdzie nie było w pobliżu i chociaż dzwonił z gabinetu po filiżankę herbaty, nie doczekał się jej, co wydało mu się podejrzane. Blondyn siedział na zydlu przy uchylonych drzwiach prowadzących w głąb podwórza z niedopałkiem, przygryzając go nieśpiesznie, a widząc w progu młodego panicza, upuścił go na ziemię, zaskoczony niespodziewaną obecnością. Ciel miał nawet do siebie żal, że wystarczyło tak niewiele. Nie ukrywał, że nawet nie rozumiał dlaczego akurat teraz, przecież przebywał w zadymionych pomieszczeniach i nigdy nic takiego nie miało miejsca. A co, jeśli taka niedyspozycja zaskoczy go podczas wykonywania obowiązków Psa Jej Królewskiej mości?
                 Z początku miał jedynie trudności w oddychaniu, które znienacka przekształciły się w duszący kaszel i niemożność wzięcia pełnego oddechu. Sebastian, tak, jak go wcześniej nie było, tak teraz natychmiast pojawił się, jak grzyby po deszczu i zabrał go tutaj i podał lek, a teraz poczuł się niebywale senny. Sądził, że to może być skutek działania leku, który pośpiesznie został mu zaaplikowany, ale pogoda usypiała w co najmniej równym stopniu. Pocieszał się tylko, że zdążył spoliczkować demona za pozostawienie go w takim stanie i niestawienie się na poprzednie żądanie. Nie miał pojęcia, co porabiał, ale to nie było godne miana jego kamerdynera. W zamian usłyszał przeprosiny z ust swojego podwładnego i już spokojniej mógł wykasływać z ogromnym wysiłkiem rozgrzane powietrze w poły marynarki bruneta oraz uchem łowić piski pokojówki, gdy zaczął świszczeć.
                Nawet nie zauważył, kiedy wraz z miarowym dudnieniem stracił czujność i zasnął, dysząc z wysiłkiem. W takim stanie zastał go jego kamerdyner, kiedy siedział w fotelu z bezwładnie zwieszoną głową do boku, przekrzywianą wstążką i uroczo zalegającym kosmykiem ciemnych włosów na czole. Demon przejechał opuszkiem palców lekko rozchylone usta, po czym wyszedł z pokoju, zostawiając w nim hrabiego, a na biurku obok słodką przekąskę w postaci puddingu malinowego i gorącej herbaty.
                W tym czasie Ciel śnił o tym, czego mu najbardziej brakowało.
                Smętną angielską pogodę zastąpiły przedzierające się przez drżące listowie promyki słońca w ich starym ogrodzie, w którym siedziała przy okrągłym stoliku Rachel. Na kolanach trzymałą fragment swojej robótki i uśmiechała się tak ciepło do o wiele mniejszej Lizzy, niż zdołał ją zapamiętać. Słońce odbijało się w jej włosach niemal tak samo, jak w tych jego matki, jednak z jakiegoś powodu bał się do nich podejść, tak jakby bał się, że gdy tylko się zbliży, one rozpłynął się na wietrze, wśród kołyszących się krzewów okalających park i kolorowych kwiatów, których wówczas było tutaj pełno.
                Teraz hrabia nie przywiązywał do tego wagi i o ile nie starania jego kamerdynera, aby w szklarni nigdy nie brakowało odpowiednich kwiatów na ozdobę do kątów rezydencji i stołów, zapewne nie było by nawet jednego, polnego kwiatuszka. Traktował je jako coś zbędnego co w dodatku śmieci po okresie swojej użyteczności. Takie bzdury byłyby dobre dla Lizzy.
                W dni takie jak te gorący napój był niemal zbawienny. Ciel po obudzeniu łapczywie wypił swojego Earl Greya, spróbował deseru i pokiwał z uznaniem głową. Dobry, nowy smak. Nie pobłażał swojemu słudze i nie miał zamiaru komplementować jego starań, ale sam przed sobą potrafił zdobyć się na chwilę szczerości. Przed kim innym, jeśli nie przed jego własnym sumieniem? Chociaż i ono, srodze nadwyrężone, drzemało cicho na dnie serca przykryte kłamstwami i traumatycznymi przeżyciami, których kiedyś doświadczył, a których nie miał najmniejszego zamiaru rozkopywać na nowo. Co się stało, to się nie odstanie. Wystarczy, że co najmniej jedna noc w tygodniu skutecznie przypominała mu piekło zgotowane na ziemi przez swoich oprawców. Wcale nie trzeba było tak daleko iść, by odnaleźć Sebastiana.
                Prawdę mówiąc, to on odnalazł jego, gdy jako przerażone dziecko na granicy rozpaczy wołał z głębokiej czeluści nieszczęścia o pomoc. Jak bardzo był zdesperowany, to nie miało znaczenia. Liczyło się tylko to, że przeżył oraz to, że poprzysiągł upokorzyć tych, którzy zgotowali mu taki los.
                – Paniczu? – rozległ się aksamitny baryton, który wręcz namacalnie wchłonął się w ciszę pokoju i grube zasłony okienne. – Przyszedł list od Królowej.
                – Zostaw i wyjdź. Zawołam cię. – Zarządził chłopiec, odbierając ze srebrnej tacy elegancką papeterię. Jak zwykle, dostarczona bez żadnej skazy, tak typowej dla listów w takiej pogodzie, jak chociaż ślad po deszczu, który wsiąkając w papier rozmazywał nieco tusz.
                Pewnym ruchem, który przypłacił chwilowym kaszlem, przełamał pieczęć i rozbieganym wzrokiem przebiegł po jego treści, by odrzucić go na biurko i odwrócić się razem z fotelem w kierunku okna. Dłonie splótł na piersi, a potem wstał, by wybrać z komody swoją ulubioną szachownicę i zaczął ustawiać na niej pionki, strącając dla zabawy jedne z nich innymi, dopóki mu to nie zbrzydło.
                Nawet w grze, gdy któryś z pionków przegrywał, schodził na bok, obok planszy. Hrabia oparł policzek na ręce i wbił wzrok w to, co próbował wykonać, ale to tylko powodowało, że dosięgała go irytacja.
                – Ludzie nie mogą tak po prostu zniknąć! – stwierdził, powracając do lektury listu.
                Królowa, jako Matka całego Imperium Brytyjskiego znowu zwróciła się do niego z misją dla jej wiernego psa. Tym razem zagadka była na tyle dziwna, że ofiary znajdowane przez Scotland Yard, w ogóle nie były rozpoznawane przez najbliższe otoczenie, w którym według informacji zgromadzonych przez detektywów, spędzili jeśli nie większość, to całe swoje życie. I to Ciela męczyło nie mniej, niż niedawny atak choroby.
                Skoro mieszkali tam, to musieli być widziani, mieć znajomych, powiązania, mówić dzień w dzień dzień dobry sąsiadom bądź też w ostateczności żebrać w tym samym rogu starej, rozwalającej się budy. Więc jak to możliwe, że nie poznają ciał? Pierwsze, co mu przyszło do głowy, to stopień zmasakrowania. Nie bardzo się palił do tego, ale list nic nie wspominał, a bez wykluczenia tego nie mógł praktycznie nic rozpocząć.
                Ponownie wyciągnął rękę do sznura ukrytego za firaną i dokładnie trzy sekundy później drzwi bezszelestnie uchyliły się, wpuszczając do środka idealnego służącego.
                – Mamy zadanie, Sebastian. Ruszamy niedługo do siedziby lorda Randalla – mruknął, chyba równie zniesmaczony wizją co i osobą, do której przyszło mu mieć sprawę.
                – Przygotuję powóz – zapewnił demon. – Czy coś jeszcze?
                – Nie… Raczej nie. Możesz odejść – westchnął chłopiec.
                Nie zamierzał prosić go o pomoc, to jest jego gra. Jeśli tylko podejdzie do sprawy chłodno, zdoła znaleźć rozwiązanie.
                Gdyby tylko jutro Elizabeth nie postanowiła zakłócić jego spokoju swoją uciążliwą osóbką, postanawiając, że koniecznie zrobią sobie herbatkę we dwoje, jak przystało na narzeczonych. Znowu będzie musiał się użerać z zaiste platoniczną miłością swojej wybranej przyszłej towarzyszki życia, o ile pożyje wystarczająco długo, by ją mieć. Jednakże gra pozorów była istotna i czy to się Cielowi podobało czy nie, pewne normy musiał spełniać, jeśli chciał uchodzić w towarzystwie za poprawnego młodzieńca i utrzymać należny status.
                Teraz wolał jednak wymigać się obowiązkami, a los postawił go w nader korzystnej dla siebie sytuacji. Zadzwonił po Mey-Rin, aby poszukała jego płaszcz, a przez myśl przeszło mu, czy z takim zadaniem zdoła coś zdemolować. Normalny człowiek pewnie by tego nie zrobił, wykonałby bez problemów powierzone mu zadanie, jednak służba domu Phantomhive była niezwykle specyficzna pod wieloma względami, a szanując ją za niektóre z nich, nie mógł ich łajać za pozostałe tak często, jak miałby na to ochotę i jak bardzo by na to zasługiwali. Zresztą, to tylko dodatkowy kłopot dla Sebastiana, on, jako pan domu, nie musiał sobie zajmować głowy takimi drobnostkami.
                Sprawa wydawała się na tyle niepokojąca i nieprawdopodobna, że świszczący oddech ponownie postanowił zaburzyć spokój młodego hrabiego nawet gdy wsiadał już do powozu w asyście swojego nieodstępującego go, jak cień skąpanego w czerni, milczącego sługi. Niepytany, nie zamierzał się nawet odezwać. Skoro to jest gra jego kontrahenta, jakiż że ma powód do przerywania mu wygodnego stanu. Aby podpowiadać mu kolejny krok?
                Kocie łby na drodze nie sprzyjały zebraniu myśli w jedną całość, a te nazbyt łatwo rozbiegały się w różne strony, podsycane niepewnością i poczuciem absurdu całej sytuacji dotyczącego zlecenia. Ludzie nie znikają, tego Ciel był pewien. On zniknął zaledwie na dwa lata dla opinii społecznej, ale nie sam w sobie, wbrew prawom fizyki. Był tam, gdzie reszta nie chciała go szukać, a potem powrócił z nikomu nie znanym mężczyzną. Był pewien, ze to znikanie podejrzanych ,te wyobcowanie znalezionych ciał musiało być czymś w podobnym stylu, czymś prawdopodobnie niewygodnym. Oraz ciekawe, ile z tych wszystkich jego domyślań potwierdzi się bądź zostanie rozwianych w wyniku wizyty u niezbyt sympatycznego jegomościa, a dokładniej sir Randalla, który traktował Psa Jej Królewskiej Mości jak zło konieczne. I nie dziwota, bo gdy on sam nie radził sobie ze sprawami dotyczącymi bezpieczeństwa mieszkańców bądź sprawa miała znamiona udziału szemranych osób, był skazany na towarzystwo Piekielnego Szlachcica, do którego zadań należało rozwikłanie zagadki wszelkimi dostępnymi sobie metodami, nie wtajemniczając za bardzo w to reszty, o ile to nie było niezbędnie konieczne.
                Po dotarciu na miejsce, co poprzedziły odgłosy typowe towarzyszące przejazdowi przez tętniące życiem miasto, to jest przekrzykiwanie się przekupek, krzyki dzieci, czy to towarzyszące zabawie czy kradzieży albo wymierzaniu sprawiedliwej przeważnie kary w zacienionym kącie, gdzie nikogo nie interesowało, kto dostaje wciry i za co, a także eleganckich powozów, w których podróżowała elita społeczeństwa, w tym stęsknione panienki za zakupami bądź świeżymi ploteczkami i rozmowami z przyjaciółkami czy tez wcale nie tak rzadko wojskowych, którzy przybyli do Londynu, kiedy tylko ich jednostki stacjonowały nieopodal, korzystając z okazji do wypicia bądź zaznania rozrywki na poziomie, na jaką wszyscy liczyli.
                Zanim doszli do gabinetu zostali zaanonsowani, tak więc uniknęli słuchania wymówek, a musieli tylko zmierzyć się ze skrzywiona twarzą, która to powitała ich, gdy tylko przekroczyli próg.
                – Co wiadomo w sprawie? – zapytał Ciel, przyzwyczajony do tej zwyczajowej błazenady i bez skrępowania zajmując miejsce we wskazanym fotelu naprzeciwko dojrzałego mężczyzny o spojrzeniu nieprzyjemnym i odpychającym.
                – Nie wiele więcej, a nawet mniej, co wymyślają brukowce, ubierając historie w niewiarygodny płaszczyk kłamstw – burknął, patrząc na nowo przybyłych spode łba.
                – Czyli jak zwykle jesteście beznadziejni – skwitował bezczelnie hrabia, oddając pośpiesznie przejrzane akta. Naprawdę nie spodziewał się aż takiej partackiej roboty, ale wyglądało na to, że po prostu postanowiono zostawić mu lwią część roboty. – Plotki roznoszą się szybko, ale żeby wszyscy aż tak olali sprawę wiedząc, że przypadnie mi w udziale? Nieładnie, sir. Powinien pan lepiej pilnować swoich podwładnych.
                – Nie będę przyjmował porad od kogoś takiego, jak ty.
                – Daruj sobie, sir Randallu. Mam na myśli konkretny. Mam nadzieję, że wiesz, że zajmuję się sprawą  z woli Jej Królewskiej Mości. Gdyby to ode mnie zależało, moja noga nie powstałaby tu ani przez chwilę.
                – Z wzajemnością – zgodził się Randall, czując się nieco pokrzepiony ta wzajemną ledwo tolerancją wymuszoną przez okoliczności. Natomiast Sebastian stał z pogodną maską na twarzy tuż za swoim pracodawcą i nie odzywał się ani przez moment, natomiast sprawiał wrażenie, jakby łaknął wszystko, co się dzieje dookoła, niczego nie pomijając. Randall poczuł się w jego towarzystwie dość niekomfortowo, dlatego wolał pozbyć się ich jak najszybciej i oszczędzić sobie nieprzyjemnej wizyty z ludźmi, gotowymi wytknąć wszelkie jego uchybienia.
                Ledwo widoczny cień uśmieszku przemknął przez twarz hrabiego, by równie szybko zniknąć i pozostawić po sobie jedynie złudne wrażenie i nieokreślone, nieco przerażające uczucie.


 Cześć, witam wszystkich po długiej przerwie. Andatejka dorosła i już nie ma tyle czasu, niemniej żal było porzucać tak doszczętnie swojego hobby, stąd powstaje kolejne opowiadanie. Dobrze myślicie, to będzie kryminał. Dajcie znać, czy wam się podobało, oraz ewentualne uwagi. Musicie mi darować oczywistość w tytule: potrzebuję być lepiej wyszukiwaną przez wyszukiwarki ;)

11 komentarzy:

  1. Wow... Po prostu niesamowite! Biedny Ciel, oby zdrowie nie przeszkodziło mu w rozwiązaniu sprawy, bo zanosi się na coś ciekawego. Sebastian jak zwykle tajemniczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przecież Ciel choruje cały czas, od astmy nie ma zwolnienia lekarskiego :D A Sebastian nie ma powodu, by być innym. No i cieszę się, że ci się podobało ;D W następnym też daj znać, co myślisz, to będzie pomocne do dalszej twórczości. Bez opinii nie ma rozwoju.

      Usuń
  2. Nareszcie kolejne opowiadanie. Cieszę się, że to będzie kryminał. Może i jestem sadystką, ale super by było gdyby Cielowi odrobinę złego się przytrafiło i Sebastian musiałby go uratować. Zapowiada się ciekawie i oby szybko była następna część.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyczuwam, że komuś mnie brakowało! To ciepełko na serduszku to jednak jest coś, gdy dostajesz taki komentarz :D I może nawet nie zdajesz sobie sprawy, ale ja też się cieszę, że zmieniłam klimaty w morderstwa i zagadki. A Cielowi na pewno coś się przydarzy, praca psa królowej nie należy do łatwej ani bezstresowej :)
      Następna część pojawi sie w przeciągu tygodnia, tak sądzę.

      Usuń
  3. Ohayo! Świetna historia, uwielbiam czytać tego bloga, poprawia mnie humor i interesuje mnie fabuła bardziej niż nie jedna manga! Dziękuje bardzo i powodzenia w dalszych opowiadaniach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za odzew :D Staram się, aby wszystko było przemyślane, to wszystko. A to dopiero początek, postaram się, aby dalsza część była równie dobra, a nawet lepsza. Wpadaj, kiedy tylko masz ochotę.

      Usuń
  4. Przepraszam za chamską reklamę ale zastosuje ten sam ruch co autorka tego oto zacnego bloga. Może ktoś zechce zerknąć?
    https://rena-adventure.blogspot.com/
    A co do autorki, wybaczam ci i chętnie poczytam twojego bloga jeśli będę miała więcej czasu. Komantarzy też nie będę żałować. :) Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahahaha, nie gniewam się ;) Odwdzięczę się czytaniem :D

      Usuń
  5. Z niecierpliwością czekam na następny rozdział.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Długo mi zeszło, ale sesja, więc proszę o wybaczenie :) Obiecuję, że zabieram się do pisania na nowo!

      Usuń
    2. Szkoda tylko, że yaoi praktycznie tu nie ma.
      Ale cóż, nadrabia panienka tym, że opowiadania są ciekawe i pełne akcji.

      Usuń