cursor by Andatejka

niedziela, 17 września 2017

Opowiadanie. Kuroshitsuji, Ulotność cz. 4


                Mallcote przez chwilę stał, wydawał się nieco zszokowany, ale momentalnie powrócił do siebie, poprawiając okulary na nosie. Niespodziewany powrót dwójki pionków jej Królewskiej Mości wyczerpał swoją moc elementu zaskoczenia. Uciekł wzrokiem od władczej pary oczu młodego hrabiego i odruchowo zatrzymał się na jego kamerdynerze, którego obecność z jakiegoś powodu przyprawiała go o dreszcze. Nie wiedział, co było powodem takiego zachowania. Stanowczo zganił się w duchu za taki akt tchórzostwa. Przecież to jedynie człowiek o niespotykanej barwie oczu. Będzie go musiał o nią później zapytać. Ciekawe, czy to rodzinna przypadłość.  Jako lekarz medycyny nie może zignorować taki przypadek! Może nawet za odpowiednią zapłatą zgodzi się na parę badań? Ręka odruchowo przeczesał czarne włosy i już był gotów ponieść odpowiedzialność za swoje niedopatrzenie.
                – Proszę wybaczyć, już panów prowadzę – zaprosił ich szerokim gestem dłoni, aby udali się do sali oddalonej zaledwie o dwojga drzwi od tej, w której się teraz znajdowali.
                Nie bał się, nie miał czego. Spokojnie poruszał się w dobrze znanym sobie terenie, co zauważył młody hrabia, trzymając się nieco na dystans za powiewającym z tyłu ich przewodnika białym kitlu.
                – Nie widziałem pana wcześniej w tym stroju – rzucił Ciel, pozwalając, aby jego myśli wybrzmiały w korytarzu.  Ciotki zresztą też nie widział, zawsze otaczała się swoją ukochaną czerwienią, aż ciężko mu było wyobrazić, że ona tak samo, jak Mallcote i reszta, w pracy wyglądali zupełnie inaczej niż w domu i na przyjęciach, gdzie pokazywali światu swoją druga twarz.
                – Proszę mówić mi James – odwrócił się na chwilę, darząc ich ciepłym uśmiechem – używam go tylko tutaj, przy sekcji i w szpitalu, w trosce o dobro pacjentów.
                – Nie spoufalam się ze współpracownikami – odpowiedział sucho Ciel, aż Mallcote jęknął w duchu. Czy ten dzieciak zawsze był taki gburowaty i oschły? Ile by nie próbował go do siebie zachęcić, zawsze kończyło się to fiaskiem.
                – Jak często odzież robocza jest poddawana czyszczeniu? – zainteresował się Michaelis, a pytanie bruneta ponownie zbiło nieco Jamesa z tropu. Przez chwilę tylko popatrzył się na niego jak na idiotę, nie mogąc nic powiedzieć.
                – Przynajmniej raz w tygodniu. W razie potrzeby, częściej. Co to ma wspólnego ze śledztwem?
                – Proszę o wybaczenie, moje pytanie było niestosowne – odpowiedział z pełną kurtuazją w głosie kamerdyner. Mallcote odniósł wrażenie, jakby patrzył się na rękawy jego płaszcza i nieco niezgrabnym ruchem przysunął do siebie zaplamiony skrawek materiału, tak, aby był dokładnie między jego tułowiem, a ręką. Bądź co bądź, uwaga wprawiła go w znaczący dyskomfort, ale ku jego wybawieniu, właśnie dotarli do sali, zza której dolatywał monotonny głos prowadzącego, objaśniający studentom poszczególne części, bogato przeplatając swój wykład łacińską nomenklaturą.
                Niemal na samym wejściu Ciela uderzył w nozdrza charakterystyczny zapach, który był dość przykry. Nie było jak od niego uciec, więc postanowił nie robić zbędnego zamieszania i powoli oddychał przez nos. Po kilku spokojnych oddechach poczuł, że coś zaczyna się niepokojącego z nim dziać, łudząco przypominającego niedawne ataki. Rosnąca wściekłość nie pozwoliła mu zawrócić, dlatego postanowił, że najwyżej otoczenie wyciągnie nieco mylne wnioski, ale nie miał obecnie lepszego wyjścia. Zasłonił twarz rękawem płaszcza i starał się oddychać przez materiał, licząc, że mu to jakoś pomoże opóźnić pojawienie się dolegliwości, albo w najbardziej optymistycznym wariancie, ukryć.
                Michaelisowi również nie umknął charakterystyczny zapach. Czujnym wzrokiem rozejrzał się po środku, zatrzymując się wzrokiem na dłużej na dość specyficznej maszynie, a wyraz jego twarzy zdawał się wskazywać, że widzi ją po raz pierwszy. Nie umknęło to bynajmniej Mallcote’owi.
                – To jedno z naszych najnowszych osiągnięć. Natrysk do spryskiwania pomieszczeń szpitalnych fenolem. Ten model tutaj jest taki sam, jak w izbach operacyjnych w szpitalu. Odkąd zaczęliśmy polegać na tym znamiennym odkryciu, śmiertelność po interwencjach chirurgicznych znacząco spadła! – opowiadał z przejęciem.
                – Jakie jest stężenie tego środka? – zapytał Sebastian, chcąc wciągnąć bruneta do rozmowy, tym samym odwracając jego uwagę od Ciela. W tym czasie mógł spokojnie się rozejrzeć i ukryć narastające duszności, a nawet jeśli nie skorzysta z okazji, to intuicja podpowiadała Michaelisowi, że to może się mu później przydać. Zawsze był ciekaw wszelkich nowinek. Ponadto, ciekaw był zachowania podejrzanego. Zaginął istotny dowód w sprawie, a on potrafi z takim spokojem opowiadać o stosowanych medykaliach. Jego psychika pociągała niezaspokojony głód wiedzy i poznania demona.
                – To zależy, jaki efekt zamierzamy uzyskać – odpowiedział ich przewodnik – Można przeciwdziałać mikrobom, a także innym zakażeniom, niezwykle popularnym w szpitalnej rzeczywistości. Na przykład gangrena jest już o wiele rzadszym zjawiskiem, jednak z ubolewaniem muszę stwierdzić, że nadal nie wyeliminowaliśmy jej źródła i ciągle zdarzają się nam takie przypadki.
                Ciel nieco zdołał się uspokoić i podszedł do stołu, gdzie właśnie obrzucono go takimi pogardliwymi spojrzeniami, że gdyby tylko miały taką siłę, zamieniłyby go w bryłę lodu. Prowadzący chciał coś już powiedzieć Jamesowi o sprowadzaniu osób nie będących w służbie Asklepiosa w święte mury nauki, ale ten zdołał go uprzedzić, po krótce przedstawiając nowoprzybyłą dwójkę i cel ich wizyty.
                – Tak więc widzicie, ręka jest tutaj – wskazał Mallcote na bardziej przypominającą poszarpaną przez psy sztukę mięsa, niż na coś, co miało być ręką zaginionej.
                – Pan raczy sobie żartować! – zbulwersował się Ciel – przecież to wygląda, jakby już było używane co najmniej przez jakiś czas!
                – Pozory bywają mylące – odpowiedział James z pełnym spokojem, a wzrok prowadzącego wyrażał zaskoczenie, co nie umknęło czujniejszemu obserwatorowi z tej dwójki. – Najwyraźniej separacji skóry i tkanki podskórnej dokonywał ktoś mało wprawiony. Albo osoba chorowała na jakieś rzadkie schorzenie – tłumaczył spokojnie, kontynuując swój wywód.
                Ciel pod wpływem wzburzenia i silnie działającego środka nie dał rady już powstrzymywać swojego ataku, wskutek czego inspekcja została zakończona. Sebastian natychmiast pomógł mu się wydostać na zewnątrz, zresztą: on już wiedział wystarczająco dużo. Ciekawiło go jedynie, czy jego panicz również to zauważył.
                Na chwilę obecną stan chłopca poważnie go martwił. Dotychczas zdarzały mu się ataki, jednak nie aż z taką częstotliwością. Podejrzewał, że dzisiejszy został spowodowany przez obecność środka drażniącego, jednak nie musiał być jasnowidzem, aby domyślić się, w jakim nastroju panicz będzie do końca dnia.
                Pośpiesznie pożegnali się ze zgromadzonymi, na tyle, na ile wymagała etykieta i z pomocą Mallcote’a wydostali się na zewnątrz. Sebastian doskonale poradziłby sobie sam, zdając się na intuicję, jednak lekarz tak bardzo nalegał, że nie bardzo było jak pozbyć się natręta, a dla świętego spokoju i pogarszającego stanu zdrowia Ciela gotów był znieść plączącego się mężczyznę, opóźniającego go na każdym kroku.
                Dorożka powoli oddalała się od zakładu, kierując w dobrze znanym obu kierunku. Posiadłość Phantomhive leżała nieco na uboczu miasta, ze względu na swoje pokaźne rozmiary. Dla wygody mogli się zatrzymać w ich Londyńskiej siedzibie, ale Ciel nie miał na to najmniejszej ochoty.
                – Czy zauważyłeś paniczu, że nasz doktor Mallcote pokazał nam lewą rękę?
                Dwojga uważnych, niebieskich oczu uniosły się na smukłą postać kamerdynera, powracając z otępienia. Żartował sobie? Nie, to nie w jego stylu.
                – Dlaczego tak mówisz?
                – Dlatego, że przyjrzałem się dokładnie układowi mięśni. To dziwne, że lekarz medycyny sądowej nie jest w stanie odróżnić takiego, w sumie bardzo istotnego i wcale nie szczegółu – dokończył kamerdyner, dumny z siebie w głębi ducha. Był pewien, że tą wiadomością skutecznie poprawi humor młodemu paniczowi. I nie było inaczej. Ciel, najpierw lekko zszokowany, zaczął się mocno nad czymś zastanawiać.
                – To miał być blef. Na mnie – westchnął, podsumowując zaistniałą sytuację. – A więc mogę spokojnie założyć, że to on jest w coś zamieszany. Chociaż otwarcie się przyznał, że to on pozwolił ją zabrać! To nie ma sensu… – poirytowany oparł podbródek na dłoni. – A tamte ślady ubrania spod paznokci pierwszej ofiary?
                – Na pewno nie należą do niego – odparł z zadziwiającą pewnością Sebastian, chociaż dla Ciela stanowiło zagadkę, na jakiej podstawie mógł tak orzekać.
                – Gdyby nie ta cholerna dychawica! – zdenerwował się nagle Ciel, uderzając ręką w kanapę. – Gdyby nie ona, mógłbym wszystko przeprowadzić po swojej myśli. A tak, nie mogę być pewien własnego ciała! – krzyczał, a kamerdynerowi pozostało jedynie zachęcić go, aby się powstrzymał od nagłych emocji, które mogą pogorszyć jego obecny stan zdrowia.
                W dość napiętej atmosferze przekroczyli próg rezydencji, gdzie na Sebastiana czekała miła niespodzianka. Mey-Rin całkiem niedawno wróciła, a wraz z nią przesyłka, na którą Sebastian czekał. Co ważniejsze, to był kolejny krok w posunięciu śledztwa do przodu, więc gotów był nawet nie zwracać uwagi na całodniowe wybryki pokojówki. Ponadto owoce i mięso, jakie kupiła, zadowalały Sebastiana zarówno pod względem świeżości, jak i jakości, dlatego zlecił jej jak i Bardowi poukładanie zapasów w spiżarni, bo w towarzystwie blondyna pokojówka popełniała o wiele mniej rażących błędów niż w jego obecności. Sam za to zajął się przesyłką, którą Mey-Rin miała dostarczyć za wszelką cenę.
                Nawet nie zadawała pytań, że to coś to była zaledwie brunatna koperta. Sebastian ujął papier nawet na moment nie rozstając się ze swoimi śnieżnobiałymi rękawiczkami i poszukawszy w szufladzie nożyka do papieru, ostrożnie przeciął bok, aby sprawdzić zawartość koperty. Dokładnie tak, jak zaplanował, w środku były cztery bilety na jutrzejszy pokaz odbandażowywania mumii. Jutro te wejściówki byłyby nie do zdobycia, a dzisiaj zawdzięczał je głównie swojej diabelskiej zaradności.
                Owa dość nowa rozrywka stała się szalenie popularna w ostatnich czasach. Wszyscy ludzie z wyższych sfer, nawet ci, którzy nie interesowali się sprawami paranormalnymi chcieli na żywo obejrzeć to, co skrywały sarkofagi dobrze znanej im starożytnej cywilizacji przez tysiąclecia. Zarówno wytworne damy, jak i ich towarzysze tłumnie zapełniali sale co do ostatniego miejsca i z rosnącymi emocjami przyglądali się ciałom. Po ceremonii co odważniejsi wykupywali ciała, by ozdobić nimi swoje mieszkania. Makabryczne szczątki zamykano w szklanych gablotach, jednak u nikogo nie budziło to zgrozy.
                Za wszystko odpowiedzialny był doktor Pettigrew, człek wielce szanowany w swoim środowisku i słynący na cały kraj z powodu niepospolitych umiejętności i możliwości umysłu. Sebastian rozpatrywał to nieco w innych kategoriach, więc ciężko było o odpowiednią ocenę, jaką sam posiadał o tym człowieku i całej otoczce zdarzeń. Pewnym było jednak, że zmierzał pozostałe dwa bilety podarować pannie Elżbiecie i jej nieodstępującej na krok Pauli. Jeszcze dzisiaj zadbał o to, aby wysłać stosowny bilecik do posiadłości Midfordów, aby Frances i Alexis mogli być spokojni o losy ich córki.
                Był pewien, że hrabiemu wcale pomysł nie przypadnie do gustu, ale coś mu mówiło, że całe to wydarzenie mogłoby mieć związek ze sprawą znikających ludzi, zarówno z grona żyjących jak i pamięci ludzkiej. Jako szlachcice podziemia angielskiego mieli wręcz obowiązek bywać na takich „zabawach”, aby być pewnym, że wszystko jest pod kontrolą. W dodatku, upieką dwie pieczenie na jednym ogniu. Panienka Elżbieta będzie zachwycona możliwością spędzenia czasu u boku narzeczonego, którego swoim zachowaniem częściej odrażała, niż próbowała, jak to było w jej mniemaniu, oczarować. Pozostało tylko się łudzić, że będzie w tej swojej głupocie trwać, bo im mniej widziała, tym bardziej to było Sebastianowi, jak i samemu Cielowi, na rękę.
                W krótkim czasie udało mu się przygotować posiłek na kolację i ruszył wraz ze srebrnym wózkiem przez rezydencję, aby dostarczyć młodemu paniczowi niezbędnego posiłku.
                – Wejdź – rzucił mu od drzwi, gdy ledwie zapukał we framugę.
                Sebastian nie ociągał się. Cicho otworzył drzwi, wprowadził wózek i z gracją je za sobą zamknął.
                – Nie docenia mnie. Ale może to i lepiej. Szybciej popełni błąd – dzielił się swoimi przemyśleniami odnośnie sprawy Ciel. – Mam ochotę na coś słodkiego, wówczas lepiej mi się skupić. Mam niejasne wrażenie, jakby coś zaczynało się klarować.
                – W takim razie, cieszy mnie to – rzucił formułką Sebastian, jednak z takim uśmiechem i przekonaniem, że każdy, kto by go nie znał, pomyślałby, że jest to szczere i prosto z serca płynące.
                – Jak na demona przystało – uśmiechnął się lekko Ciel. – A ty co o tym sądzisz?
                – Słudze nie wypada dyskutować ze swoim chlebodawcą – odparł złośliwie kamerdyner.
                – Przestań. Dobrze wiesz, że… jesteśmy na nieco innych warunkach.
                – W takim razie, co panicz życzy sobie na deser? – zapytał lokaj, wprawiając Ciela w osłupienie.
                – Niech pomyślę… Kasztany. – dodał po dłuższej chwili namysłu. – Ale to za chwilę.
                – Wedle życzenia.
                Ciel oparł się zmęczonym ciałem o poręcz ogromnego skórzanego fotela, czekając, aż apetyczna porcja wyląduje na jego talerzu, a Sebastian upewni się, że sztućce są nieskazitelnie czyste, żeby mógł zacząć konsumować posiłek. Nigdy nie był głodny na tyle, by nie móc znieść tego całego ceremoniału. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że w głębi ducha lubił to. Nadawało to nieco bezpieczeństwa, pewnego stałego elementu w jego nowym życiu. Nieważne, co to będzie za sprawa, jak wielkie będzie czyhające niebezpieczeństwo, Sebastian i tak zawsze dokładnie powyciera mu widelczyki, nożyki i łyżeczki. W pewnym momencie martwą ciszę przerwał tłumiony wybuch wesołości chłopca, w odpowiedzi na który demon na chwilę przerwał swoje zadanie, wpatrując się w niego ze zdziwieniem i wyraźnie oczekując odpowiedzi.
                – Nic takiego, wyobraziłem sobie tylko, jak sam czynisz podobne przygotowania przed naszą Ostatnią Ucztą.
                Demon, zupełnie nie wyprowadzony z równowagi odłożył chusteczkę na bok i podsunął posiłek bliżej hrabiego.
                – Owszem, będą pewne. Ale to nie jest odpowiednia chwila. Smacznego, paniczu. Proszę zjeść wszystko – dodał, usuwając się w kąt.


Cześć! Witam wszystkich po dłuższej przerwie. Jakoś nawet wakacje mam pracowite. Nie martwcie się, ta historia również zostanie ukończona. Ciekawe, czy dobrze obstawicie mordercę! Dajcie znać, czy się podobało, to może się zmotywuję i jeszcze jeden rozdział będzie w tym miesiącu!