cursor by Andatejka

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Opowiadanie. Kuroshitsuji, Ulotność, cz. 3



                Pomimo powierzonego na noc zadania, nic nie zwalniało Sebastiana z przygotowania jego paniczowi posiłku oraz filiżanki gorącego naparu, o który upomniał się hrabia tuż po przyjściu do rezydencji. Jego zniesmaczenie, a raczej olbrzymie rozczarowanie odbytą podróżą, okazał poprzez nieco lekceważące, zmęczone, samotne „Oolong”, rzucone w przestrzeń, a przeznaczone dla uszu jego wiernego kamerdynera. Teraz, gdy stał nad czajniczkiem, odmierzając skrupulatnie łyżeczki suszu, śmiał się z młodego panicza w duchu i po raz kolejny gratulował sobie wyboru ciekawego kontrahenta, z którym po prostu nie mógł się nudzić.
                Herbata Oolong charakteryzowała się tym, że liście były poddane w niewielkim stopniu fermentacji, tak, aby zachować kompromis pomiędzy herbatą czarną i zieloną, a jednocześnie uniemożliwić przypisanie otrzymanego naparu do żadnej z wymienionych poprzednio grup. Naturalnie, od stopnia fermentacji zależał kolor i smak. Ten przygotowany przez Michaelisa był koloru jasnożółtego, o słodkawym, owocowym smaku. Idealny dla wyrafinowanego podniebienia dziedzica.
                Wybór herbaty nieco kojarzył mu się ze sprawą, nad którą teraz głowił się Pies Jej Królewskiej Mości. Kompromis okazany między brakiem dowodów a koniecznością rozwiązania sprawy, z której miał do dyspozycji lekko nadpsute rozkładem zwłoki. Sam nie zastanawiał się jeszcze nad sprawą, wolał poobserwować, jak jego pan będzie się do tego zabierał. Gdyby kazał mu to rozwiązać, na pewno zdołałby, ale po co sobie odbierać przyjemność bycia widzem jednego z najbardziej porywających spektakli, jakiego mógł być uczestnikiem i świadkiem? Każdy jego ruch w prosektorium miał ściśle określone zadanie. Nawet, jeśli teraz nie poinformuje Ciela o swoich przemyśleniach, na pewno przydadzą się one później.
                Dopiero zaczynała się pora obiadowa, więc Sebastian miał jeszcze chwilę, aby przyrządzić posiłek, ale przedtem musiał zanieść paniczowi jego herbatę, upewnić się, czy służba nie wysadziła przypadkiem jakiegoś skrzydła rezydencji oraz czy Bard nie postanowił przypadkiem wykazać się swoimi umiejętnościami szefa kuchni i nie zniweczył jeszcze rano przygotowanego mięsa na pieczeń, którą przezorny sługa pozostawił w marynacie z orientalnych przypraw. Ku jego zupełnemu zaskoczeniu, wszyscy wywiązali się wzorowo, za co Michaelis nie poskąpił im pochwały, a następnie nie wysłał w bezpieczne miejsce, aby mogli się cieszyć swym sukcesem jeszcze przez jakiś czas. Wyjątkiem była Mey-Rin, której powierzył zupełnie inne zadanie. Miała udać się do miasta, aby odebrać przygotowaną dla niego paczkę. Naturalnie, wystarczyło poprosić o to spokojnie, z pełnym wdzięku spojrzeniem, aby dziewczyna wpadła w lekki popłoch, potknęła się o własny obcas i zapewniła, że wróci najszybciej, jak się da. Lokaj musiał bardzo się powstrzymywać, aby nie roześmiać się z dziewczyny. Doskonale wiedział, że był jej obiektem cichych westchnień, ale póki nie przeszkadzało im to we wzajemnych relacjach, nie widział powodu, aby wybijać z głowy komukolwiek przelotne miłostki.  Na odchodne demon zapewnił pokojówkę jeszcze, że nie ma powodu do pośpiechu, zależy mu bowiem, aby paczka dotarła bezpiecznie. Pouczył też, że nie ma prawa nigdzie zaginąć, co już uspokoiło nieco młodą morderczynię. W jej oczach widział, że cokolwiek się stanie, przesyłka dotrze pod wskazany adres. Chwilę jeszcze widział, jak krząta się po korytarzu w poszukiwaniu butów, a następnie chusty na głowę i paręnaście minut później już opuszczała bramy rezydencji Phantomhive, niosąc w ręku solidny, wiklinowy koszyk.
                W ten sposób uratowana została zastawa, pokrowce, a także podłogi przed niezamierzoną powodzią. Niebo na nowo zanosiło się szarymi, kłębistymi chmurami, a chociaż był jeszcze sierpień, podmuchy zimnego wiatru były na tyle przenikliwe, że wysłał Finniana po węgiel, bo tego nie dało się zniszczyć, najwyżej ze swoją siłą zmiecie go na proch. Bardowi dał wolne popołudnie, obiecując, że jutro zajmie się kuchnią. Wprawdzie było to nieco naciągane, ale w zupełności poprawiło humor blondynowi i zapewniło kamerdynerowi niezbędny spokój, w którym przygotowanie posiłku, szczególnie z użyciem jego nadnaturalnych zdolności, miało zająć tylko chwilkę.
                Ewentualnej wizyty kogokolwiek mogli się spodziewać dopiero po godzinie szesnastej trzydzieści, tuż po zakończeniu pory obiadowej. Srebrny zegarek na łańcuchu wskazywał dopiero siedem minut po trzynastej. Zadowolony, wsunął go energicznym ruchem do kieszeni fraka i rozpoczął energiczne krzątanie się po swoim tymczasowym królestwie. Panienka Elżbieta miała zjawić się dopiero wieczorem. Sumiennie pilnująca dobrego wychowania Frances nigdy nie pozwoliłaby jej zjawić się rano, albo podczas pracy hrabiego. Wprawdzie nie powinno to przeszkodzić w jutrzejszych planach, ale na wszelki wypadek Sebastian zajrzał do oranżerii, aby upewnić się, że rosną tam wystarczająco piękne róże na bukiet z przeprosinami. A niech się dziewczyna pocieszy, wystarczy jej gburowaty narzeczony. Zresztą, to jeszcze dzieci. W opinii demona w ogóle absurdem było wymaganie od nich brania na siebie roli narzeczonych, jednak czego nie robiło się dla wspólnych interesów i w dążeniu do fuzji majątków. Tak, jak doradziła osobiście królowa Wiktoria swojej córce: „Zamknij oczy i myśl o Anglii”.
                Równo kwadrans po czternastej srebrny wózek zastawiony potrawami wjeżdżał bezszelestnie do jadalni, gdzie siedział już, znużony oczekiwaniem, hrabia Ciel. Jego wygląd wybitnie rzucił się kamerdynerowi w oczy. Brak przepaski na oku, potargane włosy, rozpięty kołnierzyk i leżąca obok na stole wstążka nie przepowiadała nic dobrego.
                ­– Paniczu, jeśli wolno mi zwrócić uwagę, gdyby ktoś zobaczył panicza w takim stanie, nie byłoby to nam na rękę – westchnął męczeńsko, odstawiając wózek z lewej strony chłopca. – Pokazywanie się w takim stanie służbie również nie działa budująco – dodał, mając nadzieję na jakąś reakcję, ale się zupełnie przeliczył. Przedłużający się brak odpowiedzi wziął jako zachętę i zbliżywszy się do hrabiego, chciał nieco okiełznać chociaż jego strój, ale Ciel zdecydowanie odepchnął, co nieco go zaskoczyło. Zamarł w bezruchu, z tkwiącą w jego dłoni wstążką, próbując domyślić się, o co chodzi.
                – Nie mam pojęcia, co łączy topielca, ofiarę przemocy i zdradzonego – jęknął, chowając dłonie w i tak potargane włosy, a demon odetchnął z ulgą. – Przez moją niewiedzę zginą kolejne osoby. Może kolejna zostanie zepchnięta z Londyńskiej Tower, chociaż nie, to zbyt luksusowe miejsce, chyba że morderca, o ile w ogóle jest jeden, nie zmieni preferencji! – Irytował się chłopak.
                – Smakowała paniczowi herbata? – zapytał spokojnie lokaj, wprawiając go na chwilę w osłupienie.
                – Co? A… Herbata. Tak. Zapomniałem zadzwonić, żebyś zabrał. Dopilnuj tego po obiedzie – odpowiedział zdawkowo, sprawiając wrażenie, że wcale jej nie wypił.
                – Nikt nie jest doskonały, na pewno istnieje jakaś poszlaka – dodał spokojnie, kątem oka zerkając w okno, które wychodziło na frontową część rezydencji. – Czy zwrócił panicz uwagę, że Scotland Yard również uległ modzie i zamówił sobie w gablotce fragment ciała mumii? Chciałby panicz mieć coś takiego tutaj?
                – Nie jestem Undertakerem, żeby lubować się otaczaniem fragmentami zmarłych. Doprawdy, widziałem już wystarczająco pourywanych kończyn i rozczłonkowanych ciał, aby jeszcze ozdabiać sobie dom czymś takim… Przywracającym wspomnienia.
                – Tak jest.
                Zawsze wolał się upewnić, czy paniczowi odpowiadają obecne trendy, bo i sam uważał to za coś niezwykle delikatnego i sprzecznego. Swoich bliskich chowano na cmentarzach i opłakiwano, dbano o ich pamięć, a niezwykle dalekich przodków ze spokojem sumienia rozczłonkowywali i ozdabiali makabrycznymi szczątkami domostwa. Dwulicowość ludzi nigdy nie przestanie go chyba zadziwiać.
                – Skoro i tak już się pojawił w rozmowie, to nie zamierzam do niego iść. Sam to rozwiążę. W niczym raczej mi nie pomoże – dodał już mniej pewnie, spoglądając w oczy kamerdynera, jakby szukał w nim oparcia. – Co się stanie z ciałami w prosektorium?
                – Zapewne posłużą przyszłym pokoleniom lekarzy do nauki – odpowiedział lakonicznie Sebastian.
                W tym momencie oczy Ciela rozbłysły. Popełnili błąd i wreszcie to dostrzegł. Nie można tak po prostu pozostawić ciał, które były na chwilę obecną jedynym dowodem rzeczowym w sprawie. Nawet, jeśli mogły coś im przekazać, dać jakąś wskazówkę, to istniała obecnie możliwość, że szansa ta zostanie zaprzepaszczona przez bandę żądnych wiedzy ludzi.
                – Sebastian, musimy natychmiast wrócić i zakazać im pracy z tymi ciałami. Koniecznie – uniósł się, ale z nadmiernie okazanych emocji dopadł go atak kaszlu. Chociaż się zarzekał, próbując odganiać rękoma demona, aby szedł przygotować powóz, Sebastian nie dał za wygraną i trzymał go w silnym uścisku za ramiona, dopóki nie uspokoił się na tyle, by oddychać przez szmacianą torebkę równomiernie.
                – Co tak stoisz, nic mi nie jest, zaprzęgaj powóz albo stracimy dowody! – zdenerwował się, ale tym razem Sebastian skłonił się lekko i spokojnym, acz śpiesznym krokiem opuścił pomieszczenie, a Ciel opadł plecami na krzesło za nim. Jak mógł o tym nie pomyśleć? Niby to wydawało się oczywiste, ale dla bezpieczeństwa wolał wrócić i przekonać się zupełnie niezapowiedzianie, jak wygląda opieka nad ciałami w chwili, kiedy zostały już poddane oględzinom i czekały albo na pochówek, albo, co gorsza a co zasugerował Sebastian, na materiał dla przyszłej wiedzy. Dopił szybko resztę herbaty z obiadu i wstał, kierując się prosto do wyjścia. W drzwiach czekał już kamerdyner, z jego laską i płaszczem przewieszonym przez ramię.
                Droga minęła niezwykle szybko, lecz z każdą kolejną minutą Ciel wyrzucał sobie, że mógł zapomnieć o czymś tak istotnym. Dlatego gdy tylko dotarli na miejsce, a Sebastian ledwo zdołał usadzić wierzgające konie w miejscu, hrabia już niecierpliwie zastukał w podłogę laską, dając mu znak, aby się pośpieszył, zszedł z kozła i towarzyszył mu do wejścia. Stratował parę osób zmierzających leniwym krokiem do wyjścia, odtwarzając z pamięci drogę, którą przebył dzisiaj zaledwie przed paroma godzinami.
                – Gdzie są ciała? – Zapytał, pchnąwszy drzwi i zastawszy całkiem puste pomieszczenie. Nawet stoły sprzątnięto pod ścianę. – Gdzie jest Mallcote?
                – Asystuje przy zajęciach Towarzystwa Chirurgicznego – odpowiedział mu jakiś głos, a Ciel, niewiele się zastanawiając, schwycił jego właściciela za fraki i odnajdując w sobie niespodziewaną siłę, pchnął człowieka w białym kitlu na ścianę.
                – Gdzie to jest? Masz mnie zaprowadzić, rozkaz Psa Jej Królewskiej Mości! W imię Królowej, prowadź! Rusz się, jeśli ci życie miłe!
                – Już, już spokojnie… Proszę się uspokoić – mężczyzna próbował na niego wpłynąć, ale widząc, że to nie przelewki, zaprowadził ich ciemnymi, wąskimi schodami w dół, do ciemnej, długiej Sali, gdzie przy stole stało właśnie nieduże zbiorowisko osób.
                – Panie Mallcote, ktoś do Pana – odezwał się grzecznie, a wówczas ze zbiorowiska wychyliła się znajoma twarz, która na widok niskiego szlachcica i jego demonicznego kamerdynera uśmiechnęła się ciepło. Dopiero teraz Ciel zauważył, że Mallcote nosił okulary. Przeprosił grzecznie resztę, a zanim zdołał dojść do czekającej na niego dwójki, Ciel zdołał mu niemal wykrzyknąć w twarz:
                – Gdzie są ciała ofiar, które dzisiaj oglądaliśmy?!
                – Spokojnie, zaraz panów zaprowadzę – odpowiedział nadal tym samym, pogodnym tonem, sprawiając wrażenie człowieka, którego nie da się wytrącić z równowagi. – Przenieśliśmy je do sekcji naukowej, gdzie studenci mogą się na nich uczyć anatomii i podstaw chirurgii.
                – Macie natychmiast je przenieść i nie ruszać, dopóki śledztwo zostanie zakończone – warknął Ciel. Powoli zaczynał tracić równowagę, a spokój bycia tutejszych pracowników wcale mu to nie ułatwiał.
                Przeszli przez kręte korytarze, dokładnie wentylowane, do kolejnego pomieszczenia. Te od poprzednich różniło się tym, że całą ściana naprzeciw drzwi była pokryta dość sporych rozmiarów szufladami, a pod ścianą stał jeden wózek inwalidzki, a obok takie same stoły z wyciętymi fragmentami, zbite z desek, jak te, na których leżały ciała. Mallcote podszedł do ściany i otworzył trzy szuflady obok ciebie, dając znak, aby podeszli bliżej. Po odsłonięciu fragmentu chusty, ukazały się im twarze niedawnych ofiar, zupełnie obojętnych na to, co się wokół nich działo i na zamieszanie, jakie spowodowali swoim przemieszczeniem.
                Ciel, tknięty instynktem, podszedł nieco bliżej, przez moment lustrował wzrokiem twarze zmarłych, a potem zamaszystym ruchem zrzucił prześcieradła ze wszystkich ciał, dopóki nie zauważył, że kobiecie brakuje dłoni.
                – Rano przecież była… – szepnął, trochę przerażony tym, co widzi. – Człowiek nie może po prostu tak zniknąć… Przecież to nie jest nawet narząd. Jak Pan to wytłumaczy, panie Mallcote? – zapytał niespodziewanie takim srogim tonem, aż asystent poczuł zimny dreszcz na plecach. Znowu stał się tym zimnym, nieco despotycznym hrabią z rana, którego nie dało się ułaskawić byle bzdurą. Surowe spojrzenie wbitego w niego jednego, błękitnego oka potwierdzało te domysły.
                – Najwyraźniej studenci mieli zajęcia i wykorzystano właśnie to ciało…
                – Najwyraźniej? – Powtórzył Ciel, a kąciki jego ust wykrzywiły się w złowrogim uśmiechu. – Najwyraźniej to Pan nie zdaje sobie z powagi sprawy. Czy Pan wie, że to były dowody w sprawie? A jeśli doszło do takiego zaniedbania, to osobiście dopilnuję, aby odpowiednio to ukarać. Proszę zaprowadzić nas do tych młodych ludzi, którzy dostąpili zaszczytu zbezczeszczenia dowodu zbrodni.
                – Ależ, hrabio Phantomhive, to nie ich wina! To dopiero początkujące, młode talenty, oni nie wybierają sami dla siebie preparatów…
                – Więc kto je dał? Pan? – zapytał, kładąc wybitny nacisk na ostatnie słowo.
                – Tak, ja – przyznał się, o dziwo ze skruchą w głosie.
                – Więc proszę pokazać nam, gdzie znajduje się ręka zmarłej. 


Cześć, witam z kolejną częścią kryminału pt.: "Ulotność", ale o tym już chyba wiecie. Nie spodziewałam się tak dużego odzewu od was pod ostatnim postem i za wszystkie ciepłe słowa chciałabym serdecznie podziękować. Coś ode mnie... Znowu, całe tło historyczne jest zgodne z prawdą. Z wyjątkiem morderstw ;) Zmieniłam ścieżkę dźwiękową, mam nadzieję, że kojarzy wam się z całą serią w równym stopniu, co i mi. Dajcie znać, kogo typujecie na morderce, co sądzicie o sprawie, wiecie, żebym miała lepsze rozeznanie, co mi wychodzi, a co nie.
Ach, i co ważne, 9 sierpnia mój blog obchodził swoje drugie urodziny. Hip-hip hurrra!