Kuroshitsuji fanfiction opowiadania pl Kuroshitsuji blog<\a>Ciel Phantomhive<\a>Sebastian Michaelis

wtorek, 24 kwietnia 2018

Opowiadanie. Kuroshitsuji, Ulotność cz.5


Wieczór okazał się upłynąć dla całej rodziny Psa Jej Królewskiej Mości pod znakiem spokoju i ciszy. Niemal w ostatniej chwili Sebastian otrzymał wiadomość, że z powodu złego samopoczucia panna Midford nie będzie w stanie gościć dzisiaj w rezydencji Phantomhive, w związku z czym wyraża niezmierne ubolewanie. W to akurat brunet skłonny był wierzyć. Elizabeth w męczący sposób ubóstwiała swojego narzeczonego, nie chcąc dostrzec, że ledwo toleruje jej obecność, starając się od czasu do czasu zachować tak, jak mu nakazywało dobre wychowanie i przymus nie wydania na światło dzienne skrywanej przezeń tajemnicy, o której wiedział tylko on sam i jego pan.
                W wolnym czasie Sebastian przygotowywał się do swojego zadania, które panicz zlecił mu w ciągu dnia. Kiedy miał absolutną pewność, że jego obecność nie będzie konieczna (szczególnie między piątą a szóstą po południu), zabrał się na dobry początek do zapoznania z listą gości, których zobaczy już jutro. Następnie obiecywał sobie dowiedzieć się czegoś o ciałach, które dzisiaj rano wspólnie oglądali z paniczem w Charing Cross Hospital. Miał przeczucie, że te strzępki spod paznokci pierwszej ofiary naprowadzą go na trop. Sam jeszcze nie miał pomysłu, w jaki sposób połączyć topielca, kobietę z roztrzaskaną głową oraz zasztyletowanego mężczyznę, ale miał pewność, że coś ich łączy. Wszyscy pochodzili z nizin społecznych, a pozbawieni życia zostali w niezaplanowany, chaotyczny sposób. Szczególnie wydawało się podejrzane, że kobieta tak zupełnie „nagle” straciła dłoń, przebywając jako trup w kostnicy i że Mallcote ewidentnie próbował ich wprowadzić w błąd. Na razie niech sobie myśli, że ich przechytrzył. To sprawi, że stanie się bardziej pewny siebie i jeśli faktycznie ma coś na sumieniu, pierwszy popełni błąd. Tymczasem powrócił do kolekcjonowania wiadomości i wycinania fotografii ważnych osób.
                Patrząc się na posturę sir Tomasa Pettigrew, nie można było oprzeć się wrażeniu, iż ma się do czynienia z niezwykle przyjacielską osobą. Jego twarz przypominająca kształtem dorodnego ziemniaka zjednywała sobie słuchaczy, mimo że często mówił językiem trudnym i niezrozumiałym. Czynił to jednak z taką wdzięcznością, że audytorium zgromadzone wokół niego nie tylko nie chciało przerywać, lecz wręcz zachęcało, aby kontynuował swój wywód, czyniąc w ich mniemaniu ich umysły bardziej światłymi i otwartymi. Pettigrew nie narzekał na taki stan rzeczy, wręcz przeciwnie: uzyskawszy wierne grono odbiorców z prawdziwą przyjemnością snuł historie, które sam wyczytał po nocach z książek pozyskanych w najróżniejszy sposób.
                Miał bowiem Pettigrew pewną słabość, którą rozwijał niestrudzenie po ukończonej pracy. Jako młody człowiek, doskonale prosperujący, uczył się fachu najpierw pod okiem swego surowego ojca, lekarza towarzyszącego podczas wypraw morskich, by następnie przejść pod skrzydła innych, równie dobrze prosperujących chirurgów. Zasiadując się w książkach odkrył w sobie miłość do słowa pisanego, a im więcej przebywał w antykwarycznym świecie, tym coraz bardziej fascynował się zamierzchłymi czasami, natrafiając w ten sposób na historie o wielkich władcach starożytnego Imperium. Jego pasja z wolna przybierała coraz większe i większe rozmiary, zamiłowanie do historii połączył z fachem i nawet nie spostrzegł się, kiedy w jego głowie zawitała myśl o własnoręcznym rozbandażowaniu mumii.
                Doniesienia z gazet w tym czasie często i gęsto wspominały o niesamowitych odkryciach i wykopaliskach, z których co cenniejsze ładowano od razu na statki, aby trafiły do Londynu. Z pomocą paru znajomych Pettigrew spełnił swoje marzenie, a że poszło mu to nad wyraz sprawnie, zaczął organizować prywatne przyjęcia, na których główną atrakcją było rozbandażowywanie mumii. Chętnych nie brakowało i bileciki rozchodziły się niemal natychmiast, a mniej szczęśliwi, którym zabrakło miejsca, dowiadywali się potem na herbatkach u swoich znajomych, jakie cuda działy się podczas owych spektakli.
                Na taką to właśnie uroczystość Sebastian zdołał uzyskać bilety, po które wyprawił poprzedniego dnia Mey-Rin. Zadowolony ze swego posunięcia, schował je do kieszeni fraka, aby mieć pewność, że na pewno ich nie zgubi. Teraz czekało go już tylko przygotowanie kolacji i mógł ruszać w teren, aby zapoznać się z zebranymi dowodami.
                Chłodna, sierpniowa noc przyjemnie orzeźwiała zmysły po skwarnym dniu. Sebastian przemykał z dachu na dach, oszczędzając sobie w ten sposób drogi i skrywając w mroku przed ludzkimi spojrzeniami. Na ulicach było praktycznie pusto, zwłaszcza że przebywał obecnie w znacznej odległości od centrum, posiadłości kogokolwiek wpływowego czy chociażby najbliższego domu publicznego. Dopiero kiedy zmierzał do celu postanowił poruszać się już normalnie, bo jego piekielnie czułe zmysły wyłowiły odgłosy ludzkiej rozmowy, a jego priorytetem było nie tylko pozyskanie informacji, lecz także pozostanie niezauważonym.
                Z niemałym zaskoczeniem odkrył, że trafił niemal na miejsce, w którym znaleziono zwłoki kobiety z rozbitą głową. Kierując się przezornością postanowił ukryć się za rogiem, aby nieco przyjrzeć się miejscu.
                Kiedy obserwował miejsce, czuły słuch podsunął mu pewną wskazówkę, którą z początku zignorował. Ciągle odbierał szum wody w rzece, a to znaczyło, że koryto musiało przebiegać stosunkowo niedaleko. Kiedy sprawdził swoje przypuszczenia, aż zaśmiał się w duchu. Wszystkie ofiary otrzymały nowy, wspólny mianownik. Pierwszą z nich ktoś po prostu wolał sprzątnąć, aby nie narobić sobie kłopotów. Ciało spokojnie dryfowało wraz z falami Tamizy, aby w końcu wypłynąć, gdy już odpowiednio napuchło wodą. Z kolei funkcjonariusze Scotland Yardu wzięli za domniemane miejsce zbrodni obszar, w którym ciało zostało wyłowione.
                Teraz był już niemal pewien, że winny miał swój obszar polowań w tym obszarze. Niewykluczone nawet, że tu mieszkał. Tymczasem postanowił zasięgnąć nieco języka, w związku z czym postanowił połączyć przyjemne z pożytecznym i udał się do najbliższego burdelu, aby tam, wśród przyjemnej atmosfery, wyciągnąć od tamtejszych dziewczyn wszystko, o czym opowiadali im ich klienci, a także, co takiego niezwykłego było w tamtej okolicy.
Nad ranem zadowolony z siebie wracał do rezydencji. Miał jeszcze trochę czasu, dlatego mógł na spokojnie przygotować posiłek, ubranie, odkurzyć w gabinecie Ciela, a także odpisać na niecierpiące zwłoki pisma i zanieść odpowiedzi na pocztę. Następnie poszedł obudzić panicza, aby ten mógł spokojnie wypełnić swoje poranne obowiązki. Rutyna dnia codziennego pochłonęła ich obu do tego stopnia, że praktycznie nie odzywali się do siebie więcej, niż to było konieczne.
                Wieczorem, kiedy miało się oficjalnie rozpocząć spotkanie towarzyskie gentlemanów i ich dam z najwyższych sfer, demon miał prawdziwy nawał roboty. Najpierw osobiście asystował Cielowi podczas zakładania odpowiedniego na tę okazję stroju. Gust chłopca nie pokrywał się jednak z tym jego, bo zniecierpliwiony hrabia oświadczył najpierw, że nie założy przygotowanej przez Sebastiana koszuli, dopatrując się w niej nieistniejącego mankamentu, a następnie odprawił swojego kamerdynera po inny płaszcz, argumentując, że go nie lubi. Z przyklejonym, wymuszonym uśmiechem na twarzy przemierzał kilkukrotnie odległość między szafą, jego paniczem a prasowalnią, bo w międzyczasie pokojówka zdążyła przypalić wstążki. Jak zwykle, jej motywy i intencje były szczere i uczciwe, co nie zmieniało faktu, że dokładało dodatkowej pracy Michaelisowi, który i tak zaczynał się w duchu denerwować. O szóstej mieli przyjechać do Midfordów, aby zabrać ze sobą pannę Elizabeth. Pomimo że powinna zostać jeszcze w łóżku po wczorajszej niedyspozycji, uparła się, że dzisiaj czuje się już znacznie lepiej i niemal wybłagała, aby ją ze sobą zabrano. Dlatego postanowiono, że Ciel, zmierzając na przyjęcie, zabierze ją ze sobą i wspólnie udadzą się na widowisko.
                Tylko dzięki niezwykłej przezorności demona i jego zabiegów, aby wszystko zostało przygotowane na czas, udało im się wyjechać z posiadłości zgodnie z planem. Powóz z liberią rodu Phantomhive, zaprzężony w czwórkę karych koni raźno zmierzał w kierunku posiadłości narzeczonej, w zadziwiająco krótkim czasie docierając do wyznaczonego celu. Kiedy Sebastian zatrzymał go i przyszedł zapytać się o pannę Midford, okazało się, że jest jeszcze w trakcie przygotowań. Między innymi dlatego Ciel postanowił przełamać swój lęk i wszedł do wewnątrz, gotów by zmierzyć się z przerażającą go od dzieciństwa, ciotką Frances.
                – Ciel, jak ty wyrosłeś! – zauważyła na wstępie jego krewna, witając się z nim iście w angielskim stylu. Bez nadmiernych uczuć, chłodno i odpowiednio do sytuacji.
                – Dziękuję, ciociu.
                – Może grzanego wina? Poganiałam Lizzy, ale nie mogła się zdecydować, którą sukienkę wybrać – przyznała.
                Ciel z chęcią przystał na jej propozycję, z ulgą rozsiadając się w fotelu. Co prawda, te wkładki, które Sebastian mu przygotował do butów przyniosły oczekiwany efekt, nie spodziewał się jednak, że będzie mu się tak niewygodnie w nich chodziło. Z drugiej strony, nie miał już dłużej ochoty wysłuchiwać przytyków o swoim niskim wzroście.
                Po paru minutach ciepły, aromatyczny kubek rozgrzewał mu już serce, dłonie i podniebienie. W oczekiwaniu na narzeczoną wyłapywał wszelkie nuty smakowe, takie jak kardamon, imbir i cynamon, chociaż zdawało mu się, że jest coś jeszcze. Szczerze mówiąc, wiele by dał, aby Elizabeth w ogóle nie zeszła z góry, dając mu spokój i dzisiaj, jednak na takie szczęście zwyczajnie nie liczył, wczorajszy, spokojny wieczór w posiadłości to i tak było wystarczająco dużo, o czym mógłby marzyć.
                W pewnym momencie Michaelis odwrócił głowę w stronę korytarza, a paręnaście sekund później do uszu Ciela dobiegł charakterystyczny odgłos uderzania piętą o podłogę. Nie było już żadnych wątpliwości, czas spokoju nieubłaganie dotarł do końca.
                Blondynka z hukiem otworzyła ciężkie drzwi, wpadając do środka niczym burza. Tym razem miała na sobie delikatną, białą sukienkę podkreślającą złocisty kolor jej włosów i niebieskie ozdoby, stosowne dla młodych panien.
                – Ciel, Ciel, posłuchaj! Udało mi się! Paula zasznurowała mnie w gorsecie na…
                – Panienko, to nie wypada! – Zdyszana służąca zdążyła w ostatnim momencie wpaść za swoją żywiołową panią i ją zestrofować. – Nie mówi się o takich rzeczach w towarzystwie panów!
                – Ale to Ciel – zmartwiła się na moment, po czym odzyskała pogodę ducha. – Za wszelką cenę chciałam się w tym zmieścić, dlatego trochę nam zeszło. Przepraszam za to.
                – To nic takiego. Ładnie wyglądasz – przyznał w końcu Ciel, na co twarz Lizzy przybrała purpurowy kolor. – Musimy już iść, w przeciwnym razie zaczną bez nas. Odwiozę Elizabeth z powrotem, gdy tylko przyjęcie dobiegnie końca – zwrócił się oficjalnym tonem do Frances, po czym wyciągnął dłoń w kierunku narzeczonej, aby jej asystować w drodze do powozu. Więcej tymczasowo do szczęścia młodej szlachciance nie trzeba było. Rozpływała się w zderzeniu z rzeczywistością, sowicie podkoloryzowaną swoimi własnymi wyobrażeniami o sytuacji. Jedynie sunący z tyłu Michaelis sprawiał wrażenie naprawdę dobrze się bawiącego, obserwując, jak dwoje zupełnie niedobranych do siebie dzieci musi spędzać ze sobą czas.
                – Obiecuję, że zajmę się nimi – Zwrócił się z niezwykłą kurtuazją w ruchach i głosie w kierunku pani domu. Następnie, w ślad za młodą parą opuścił rezydencję. Przy wejściu do powozu otworzył drzwi, pomógł dziewczynie wejść i zająć wygodną pozycję, upewnił się, że niczego nie potrzebuje, powtórzył to samo z paniczem i wreszcie mógł się wdrapać na kozła, aby chwycić cugle w dłoń i ruszyć z miejsca.
                Po półgodzinie jazdy byli już na miejscu. Wokół posiadłości było niezwykle tłoczno, zgromadziła się niemal sama śmietanka towarzyska angielskiego społeczeństwa. Każdy, kto zmierzał do frontowych drzwi był podekscytowany, panowie lubowali się rozmowami o polityce na Bliskim Wschodzie, natomiast panie nie przebierały w ploteczkach o olejkach, jakie z tamtych stron docierały na statkach do Londynu, a które miały zapewniać niesamowite powodzenie u płci przeciwnej i działać jak remedium na wszelkie niedoskonałości urody. Inne też zastanawiały się, jak też będzie wyglądać ciało po zdjęciu z nich bandaży.
                Elizabeth Midford i Ciel Phantomhive dołączyli do tego widowiska. Byli prawdopodobnie najmłodszymi osobami, jakie się tutaj znalazły, dlatego Sebastian miał pełne ręce roboty, przedstawiając im kolejne, najważniejsze osoby, jakie zgromadził dzisiejszy wieczór.
                – Tamten gentelman z lampką szampana w ręku to sir Astley Paston Cooper – powiedział kamerdyner półgłosem, w taki sposób jednak, aby wiadomość dotarła zarówno do uszu panicza, jak i jego narzeczonej. – Wybitny chirurg i anatom, dzięki jego ciężkiej pracy uzyskano niebanalny postęp w leczeniu uszu i układu krążenia.
                – Thomas, jak miło cię widzieć! – rozległ się głos tuż za nimi, a kiedy demon dyskretnie zerknął w tył, zobaczył jak miernego wzrostu przechodzi za nim książę Hamilton, z promienistym uśmiechem zbliżając się do samego Pettigrewa. – Twoje spektakle to najlepszy dowód na wyższość umysłu ludzkiego! Wiele bym dał, żebyś po mojej śmierci zajął się mną z taką samą czułością, jak swoimi mumiami!


Nigdy nie przyszłoby mi nawet, że powrócę niemal po roku do blogosfery! Wiem, jak się gniewacie. Styl po roku przerwy też pewnie mi nieco siadł, aczkolwiek starałam się, jak mogłam. Nie wiem, kiedy urwę czas, aby dodać kolejną notkę, ale dokończę to opowiadanie, tego możecie być pewni. Co gorsza, na anatomii wpadłam na kolejny pomysł, który też chciałabym przemycić w następnym opowiadaniu. A nie potrafię nawet się spiąć, by regularnie postować!

Trzymajcie się cieplutko i dajcie znać, co sądzicie w komentarzach!